Mamy piątkowy wieczór, za oknem typowe marcowe widoki - czyli parking (co ciekawe ten widok utrzymuje się przez resztę miesięcy roku, iście podejrzane, czyż nie?) i leniwie sobie płynę wraz z prądem czasu w atmosferze spokoju i ciszy. Więc można włączyć jakąś klimatyczną muzykę i powolutku, bez pośpiechu zabrać się za dłubanie kolejnego wpisu...
Od pewnego dłuższego czasu sporawo sobie poczytuję o fizyce i genetyce. Zapoczątkowały to genialne książki : Richarda Dawkinsa "Rzeka Genów" oraz Paula Davies'a "Bóg a nowa fizyka"( dziękuję Andrzejku za udostępnienie mi tej książki, jesteś wielki). Wyśmienicie przedstawione treści, zawarte w tych pozycjach, rozbudowane o inne tomiska wiedzy, skłaniają do solidnych przemyśleń i prowokują do wyciągania wielu interesujących wniosków. Postanowiłem, że jest to temat tak szeroki, intrygujący i ciekawy, a do tego pięknie łączący się z innymi dziedzinami, że poświęcę mu całą serię wpisów. Od czegoś trzeba zacząć, więc pozwolę sobie zacząć od niczego innego, tylko od życia. Potraktujcie to jako wstęp, przystawkę, coś co ma przygotować grunt na dalsze wywody. Wiele myśli ujętych w tym wpisie jest potraktowanych po łebkach, ale to dlatego, że same zasługują na oddzielne wpisy, w których rozwinę ich idee.
DOPISEK PÓŹNIEJSZY : teraz, kiedy już ukończyłem wpis widzę, ile jeszcze trzeba powiedzieć i dodać w do każdego z poniższych akapitów. Szykujcie się na serię wpisów.
Życie to niesamowite zjawisko. Jest tak piękne, kompleksowe i dopracowane, że nie trudno naprawdę doszukiwać się w nim znamion cudu, interwencji sił wyższych czy innych nieprzypadkowych zjawisk. Niemniej tak nie jest. Życie, jakie znamy jest wynikiem ogromnej ilości procesów łańcuchowych, następujących po sobie. Ale początek tego łańcucha jest zdarzeniem losowym, opisywanym przez współczesną gałąź matematyki, jaką jest rachunek prawdopodobieństwa. Geneza Wszechświata także jest łańcuchem zdarzeń, w którym jakieś losowe procesy kwantowe zapoczątkowały wytworzenie się materii. Następnie po okresie czasu niemożliwym do objęcia przez ograniczoną, ludzką wyobraźnię, gdzieś na planecie Ziemia nastąpiła eksplozja informacyjna, czyli proces kształtowania, rozwoju i zmian dążący do jak największej efektywności. Jedną z odnóg tego procesu było zmienianie się struktury naszej planety, która okazała się przystępna dla kolejnego etapu eksplozji informacyjnej, czyli powstawania najprymitywniejszych form życia, takich jak bakterie i inne mikroby. Kiedy kolejne, coraz bardziej wymagające warunki, są spełnione, eksplozja informacyjna przechodzi w kolejne fazy, powodując coraz większą kompleksowość form życia. A wszystko to po to, żeby zwiększyć szansę przetrwania danego "gatunku" (w rzeczywistości nie chodzi o przetrwanie gatunków, a jedynie pojedynczych genów, ale tym się później zajmę). I w tym momencie wiele osób się może odezwać, iż widzi w tym boski plan, rękę stwórcy itd. Otóż, niestety dla nich, jest to wszystko efektem czystej probabilistyki. Tak, jak kiedy rzucamy kostką do gry musi prędzej czy później wypaść sześć oczek, tak eksplozje informacyjne odbywały się zapewne w wielu miejscach Wszechświata, przechodząc przez różne fazy, zależnie od zastałych warunków. I tak jak tylko raz na ileś rzutów wypadnie sześć oczek, tak akurat na Ziemi warunki był na tyle sprzyjające, żeby eksplozja informacyjna przeszłą przez tyle faz, które doprowadziły nas do aktualnego stanu rzeczy. Nie ma w tym żadnego boskiego planu, żadnej hossy z nieba, po prostu zwykłe prawdopodobieństwo zajścia zdarzenia warunkowego, lub mówiąc inaczej łańcuch zdarzeń powiązanych ze sobą, opisany całą masą wymagań przy tworzeniu kolejnych jego ogniw.
Głównym celem tak zwanego "życia" jest zapewnianie ciągłości rzeki genów, czyli przesył informacji, aby jak najdłużej utrzymać ją w obiegu. Należy pamiętać, iż geny są samolubne i nie interesuje ich czy inne geny również zostaną przekazane. Mogą się co prawda łączyć z tzw "genami towarzyszącymi", niemniej jedyny tego cel to zwiększenie swojej szansy "przetrwania". Jako, że pula genów jest ogromna i ciągle podlega pewnym mutacjom, a istoty żywe są jakby nosicielami, lecz nosicielami o ograniczonej pojemności tak też powstał dobór naturalny - mający na celu wyłonienie tych najlepszych genów, które zostaną przekazane dalej. Życie jest samonapędzającym się procesem, który rozpoczęty przez pierwszy etap eksplozji informacyjnej, będzie dalej działał niczym perpetuum mobile, o ile oczywiście natrafi na sprzyjające warunki do dalszego rozwoju, albo nie zostanie zakończone przez czynniki zewnętrzne. Życie w sobie ma procedurę startową, ale nie ma końcowej - życie nie wygaśnie samo z siebie.
Życie na Ziemi osiągnęło taki poziom, iż wyewoluowała świadomość jednostkowa na wysokim poziomie. Wraz z wzrostem samoświadomości kiełkowały w Nas pytania, niepewności i strach. Człowiek postawiony wobec absolutu życia zaczął nadawać mu sens, chcąc w egoistycznym zapędzie podkreślić wagę swojej jednostkowej egzystencji. Świat został zalany masą ideologii, religii, filozofii i innych, które starały się dać gotową odpowiedź na pytanie o cel egzystencji. Wszystko to, żeby zdusić w sobie strach przed nieznanym i dla własnego, dobrego samopoczucia wynieść nasze istnienie ponad animalizm. Powstawały pewne stałe, fundamenty, dogmaty, które miały być wytycznymi, cele, do których się dążyło i drogi, którymi się podążało. Wiele z tych sposobów radzenia sobie ze świadomością miało coś w sobie, ale wiele więcej było, jest i będzie jedynie papką, mającą zakleić umysł wygodną powłoką z waty cukrowej. Ludzie pozbawieni swoich bóstw nie potrafią się często odnaleźć i gubią się, kiedy odbieramy im latarnie oświetlające drogę. Zupełnie bezsensownie i niepotrzebnie
Życie jest piękne samo w sobie. Nie potrzebuję świadomości, że żyję dla wyższego celu. Nie muszę mieć nad sobą opiekuna czy stwórcy.Nie podnieca mnie obietnica życia po śmierci, bo śmierci zwyczajnie się nie boję. Nie potrzebuję szukać "sensu i celu wszystkiego", skoro wszystko jest dziełem przypadku i kwantowej struktury rzeczywistości. Za to chcę zrozumieć, poznać i przeanalizować. Nie smuci mnie, że życie to proces będący pociągiem pędzącym donikąd. Co z tego, skoro dostałem okazję przejechania się tym ekspresem i cieszenia się szaleńczą galopadą. Prędzej czy później pociąg zostawi mnie za sobą, ale czy to powód, by nie skorzystać z takiej okazji?
Żyć się powinno dla życia samego w sobie, w końcu to najlepsza rzecz jaka nas spotkała. A co za tego, że spotkała nas przez przypadek?