Kompostownik

W takich chwilach naprawdę podziwiam życie. Ma ono tendencję do nieustannego zaskakiwania mnie, wprawiania w niemy zachwyt i bezgraniczne, niczym duch wolnego Tybetu, zdziwienie. Jak to mawiają najstarsi górale na kuroniówce : "co krok to smok". Czasem po prostu brakuje słów i pozostaje jedynie cmokanie z zachwytem i smakowanie spływającego na nas strumienia głupoty. Z tym, że strumień już dawno temu zamienił się w rzekę i zamiast oglądać pływające w nim rybki, ni z tego ni z owego znajdujemy się pośrodku rwącego nurtu łapiąc ostatni oddech nim ciemna toń nas pochłonie. Chciałbym móc podejść do jakiegoś miejsca, walnąć wyraźną krechę kredą, taką fajną, szkolną kredą i przybić tabliczkę "oto granica głupoty". Potem rozbić sobie wygodny leżaczek, wyjąć z podręcznej lodóweczki zmrożone Jabłuszko Sandomierskie i do końca życia pobierać opłaty od japońskich emerytów w t-shirtach "I <3 USA", którzy chcieli by zobaczyć tenże ósmy cud świata. Niestety życie to nie bajka i taka sielanka nie mogła by trwać za długo. Albowiem za sekundkę musiałbym wstawać, składać mój niemoralnie wygodny leżaczek, ścierać kreskę sandałkiem i rysować ją od nowa kawałek dalej. I tak co chwila, aż do końca horyzontu lub mych dni, cokolwiek nastąpi szybciej. I chuj strzelił stoisko z koszulkami "Byłem na granicy ludzkiej głupoty i jedyne co dostałem to ten t-shirt".

W Warszawie otworzyli kawiarnię Starbucks. U mnie we Wrocławiu chyba też takowy przybytek zostanie uruchomiony w Grunwaldzki Center (Grunwaldzki Center, kurwa, jak to brzmi, niczym Rybny Shop jakowyś). I w zasadzie tu można by zakończyć, chłopak lubi kawusię i się chciał podzielić radosną nowiną o kolejnym przybytku rozkoszy dla miłośników kofeiny z krowim płynem do karmienia cieląt. On się cieszy, wszyscy się cieszą i tyle. News, jak news. Ale nie moi drodzy, oj nie. Pod tą niewinnie wyglądającą informacją, niczym wietnamskie komando śmierci przebrane za krzak i dwa kamienie, czai się rzecz wagi niebagatelnej. Kolejna kawiarnia? Czy tak pomyśleliście? No przyznajcie się, widzę przecież Wasze minki... PROFANI!!! Właśnie rozpoczęła się wielka kulturalna rewolucja! Polska wreszcie wkroczyła do wielkiego świata! Tryby przeznaczenia wzięły nas w obrót i posłały prosto na schody do nieba. Jeśli jeszcze nie dojrzeliście nadejścia ery światła zapraszam do poniższego linka, który z łatwością rozwieje Wasze wątpliwości i otworzy Wasze zaklejone ropą codzienności oczęta na prawdę :

http://www.dziennik.pl/wydarzenia/spoleczenstwo/article365059/Z_kubkiem_od_Starbucksa_do_elity.html

Oto kult w najczystszej postaci zapuścił swoje korzenie w Polsce. Niczym perły przed wieprze my, niegodni dostaliśmy okazję pławienia się w kawowo-mlecznej glorii Starbucksa. Ja już wyciągnąłem z szafy mój zużyty worek pokutny i na kolanach rozpoczynam pielgrzymkę do kawiarni. Co dziesięć kroków będę się smagał metalową rurą po głowie - ból w końcu uszlachetnia i wreszcie może stanę się godny podejścia pod progi tej amerykańskiej świątyni. Potem jeszcze tylko oczyszczający postój w kolejce i na moje ręce spłynie najprawdziwszy Graal wśród kaw. Zresztą pierdolić kawkę. Lubisz ją czy nie - to się nie liczy! To co się liczy to kubeczek z charakterystycznym logo. To po niego wyprawiali się Argonauci, to jego poszukiwał król Artur, to on był przechowywany w tajnych komorach Reichstagu.

Kiedy ów kubeczek już znajduje się w naszych nabrzmiałych od orgazmatycznych spazmów dłoniach możemy udać się tam gdzie chcemy. Świat jest nasz. Nie wiem jak Wy, ale ja mam już wszystko zaplanowane. Najpierw mały spacer po miasteczku akademickim z moim skarbem, a niech mnie podziwiają, potem wyskok na uczelnię, ostentacyjnie spóźnię się na wykład. Profesor oczywiście się wkurwi, to mu powiem, że niestety, ale "wie Pan, sprawy businessowe, ważny klient i takie tam". A on ujrzy mój nienaganny garniturek, teczuszkę i nieodłączny kubek ze Starbucksa i pomyśli "Oj, to musi być poważny człowiek. A poważnym ludziom wstrętów czynić nie będę. A nuż się spotkamy w kolejce po kawę i co wtedy?" A inni studenci przybrudzą swoje zbroje, widząc mój cool stosunek do "profka". Potem oczywiście popołudniowy lunch z przyjaciółmi poznanymi w kolejce w Starbucksie, może jakiś szybki sandwich albo inny tasty burger. No i oczywiście poprzegrywamy sobie jakieś zajebiste aplikacje pomiędzy naszymi IPhone'ami. Ja mam symulator zapalniczki, ostatni szał w środowisku, rozumiecie. Na koniec wieczorny wypad do Senso lub innego trendy music party club. Na parkiecie kubeczek zapewni mi niepodzielną uwagę jakiejś lady, postawię jej jakiś wyszukany drink i skończy się oczywiście na namiętnym seksie w męskiej kabinie 1 metr na 0,5 metra. Prawdziwym jazzy ludziom, a tylko tacy piją w Starbucksie, się nie odmawia. Oczywiście kubeczek posłuży nam także jako środek antykoncepcyjny, taki zajebisty jest, a po wszystkim napijemy się z niego czegoś dobrego i drogiego.

Ja się pytam - co się kurwa dzieje. Niby nie powinienem być zdziwiony, ale jednak no nie idzie. "Tu przychodzi się po to, by się pokazać, więc trzeba mieć pieniądze na dużą kawę”. ”Słucham japońskiej muzyki i wszyscy moi idole piszą na blogach, że piją kawę od Starbucksa”. ”McDonald’s jest dla mas. Starbucks - dla wyższych sfer”. Niestety, japiszoni byli, są i będą. Na mieście jest tyle przybytków, gdzie można napić się kawy, bardzo dobrej i w naprawdę miłym klimacie. Nic nie smakuje lepiej niż kawusia zrobiona przez moją przyjaciółkę Kasię, słodzona dwoma sekundami cukru, wypijana jednym duszkiem przy dłubaniu sprawozdania lub projektu. Ale to nie Starbucks, w domku nie mam zajebistego logo. Naszyjniki Dolce-Gabbana, paski z wielkim logiem Versace, tysiące innych, a teraz białe kubeczki. Jestem zaskoczony, choć powinienem się spodziewać. A jak jakiś zobaczę na ulicy to wyśmieję. Tak po prostu i szczerze.

Planet Earth is great to visit, but you wouldn't want to live there...

19 komentarzy

Cóż, jak to czasem bywa, człowieka nachodzą różne potrzeby. A to by się coś zjadło, a to kupkę zrobiło, a to walnęło w sąsiada głowicą jądrową. A mi zachciało się wrócić do pisania. Tak, wrócić, albowiem miałem pewien rozbrat z blogami, a nasz (mój i moich przyjaciół) blog okrył się kurzem i zostały po nim tylko miłe wspomnienia. I choć uroniło by się łezkę lub dwie, wspominając stare czasy to pora na coś nowego. I tak też powstał tenże blog (lub bLoGaSeeeK :*:*:*:* jak niektórzy wolą ...).

Jedni ludzie piszą, bo są przekonani o swoim wyjątkowym talencie. Inni chcą, niczym latarnie, służyć zagubionym owieczkom i doradzać im, jak nie słuchać rad innych. Znajdą się też tacy, którzy węszą spiski, jakoby figurka Dalajlamy dodawana do każdego Happy Meala, oprócz pięciu zaprogramowanych powiedzonek, strzelała zatrutymi strzałkami jeśli wykryje, że dotyka ją chińskie dziecko. I wielu innych... bóg z Wami dzieci.

Piszę, bo mam ochotę, bez jakiejś szczególnej misji. Świętego Graala mam już na półce, obaliłem system, zniszczyłem korporacje, więc co mi zostało w życiu do roboty? Po prostu sobie popiszę. Ci co mnie znają domyślają się, czego można się spodziewać - moich przemyśleń pod wpływem różnych źródeł i środków polanych solidną dawką ironii, z dodatkiem dwóch wozów prowokacji, betoniarki ironii, łopaty blasfemii pierwszego sortu i mam nadzieje, innych ciekawych rzeczy.

Pozostaje mi zaprosić do czytania, komentarze, krytyka, a tym bardziej bluzgi widziane z chęcią. Więc uzbrójcie się dzieci w paczkę pieluch, jakiegoś rodzica z ochronnymi rękawicami na wypadek wszelki i czekajcie z niecierpliwością na nadchodzące wpisy.

Comming soon to a church near you ...

Buziaczki

Wasz umiłowany Revenant vel Bartoslav

8 komentarzy

Powered by Jogger.PL and Tarski · Ported by alberht