UGH, czuję się, jakoby jakiś rycerz średniowieczny tudzież inny nadpobudliwy chojrak zdzielił mnie w potylicę przyrządem o przeznaczeniu zaczepno-obronnym, zwanym w pewnych środowiskach obuchem. Karku nie czuję, kręgosłup pulsuje, jakby zaraz miał eksplodować, niczym bomba, którą tylko Bruce Willis jest w stanie rozbroić. A że nie mam go pod ręką, tak więc los mój jest przesądzony. W gardle suszy niesłychanie i zaczynam się zastanawiać, czy ja w amoku jakowymś nie wpadłem do piaskownicy i nie zacząłem kompulsywnie pożerać piasku... hmm to jednak nie piasek mam w zębach... co za ulga... ale czy to nie żwirek dla kotów? Nie na pewno nie ...
I przez co to wszystko, ja się pytam przez co? Otóż odpowiedź jest prosta - bo się zachciało Bartusiowi być fajnym! Pomyślał sobie kiedyś, mały idiota, że trzeba się do jakiejś subkultury dołączyć, coby szaraczkiem zwykłym nie być. No i sobie usiadł młodociany myśliciel i rozkłada problem na czynniki pierwsze swoim jakże nienadającym się do tego organem, zwanym w fachowych podręcznikach medycyny stołowo-sądowej "nibymóżdżem". I tak idee mu przelatują przez główkę, niczym kapusta przez starą babcię ...
Może dresik? Ogoli się główkę na łyso, prezentować się to będzie co najmniej elegancko, do tego czteropaskowe odzienie marki "Adidos" albo inne "Nyke", prosto od tego jakże sympatycznego Czeczena z rynku, co ma kaprawe oko i kulawą na obie nogi żonę. Weźmie się komplecik - góra, spodenki i jakoweś buciki wygodne, a tenże miły businessman dorzuci łańcuch od roweru maźnięty profesjonalnie farbą złotą Dekoral. I jest impreza! Już sobie Bartuś wyobraża siebie w takowym uniformie - wygodnie, modnie, szacuneczek na dzielni będzie, na siłownię się pójdzie i już od razu pozna się śmietankę towarzyską miasta i zakosztuje wielkiego życia. Same plusy! I kiedy tak młodociany napaleniec pędził na złamanie karku, którego po wkroczeniu w dresiarską subkulturę się pozbędzie, naszły go mroczne refleksje... Ale to będę musiał na mecze jeździć, a ja piłki nie lubię. Będę musiał bić się z innymi kibicami, a ja przecież pacyfistą jestem. I jeszcze będę musiał się golfem wozić, a ja mam dopiero 15 lat! I poza tym jak tu wsiąść do swetra, nie mówiąc o jeżdżeniu nim... Głupie to jakieś... I Bartuś wrócił do siebie płacząc po cichu w żalu za straconymi marzeniami.
Niezrażony pierwszą porażką, nasz dzielny bohater zaprzągł do pracy całą dostępną mu moc obliczeniową... czyli włączył telewizor. Skacze sobie po kanałach, a tu nagle jakiś śmieszny kanał z zółto-niebieskimi trójkącikami w logo. A co się tam działo! Jacyś kolesie skaczą, masa zbliżeń na ich twarze, tak, że o mało nie popluli obiektywu kamery, dookoła nich blokowiska zupełnie jak w Bartusia rodzinnym miasteczku, a co więcej tych młodych artystów otacza zgraja pięknych kobiet! I w tym momencie jak naszego pupilka myśl nie naszła! "Ej, ja też jestem z blokowiska, mam ciężkie życie, bo mama mi nie robi kanapek do szkoły i muszę wstawać wcześniej 5 minut, żeby zdążyć chleb posmarować, do tego ogólnie nie lubię policji, bo, bo, bo eeee... bo są głupi! Na bank jestem wykapanym hiphopowcem!". W szafie wygrzebał starą bluzę z czasów podstawówki, trochę za mała, ale to dobrze, będzie podkreślała olewczy stosunek do władzy, ma kaptur i po odpruciu tego misia z przodu wygląda totalnie rapersko! Spodnie opuścił na biodra, wiało po nerkach jak cholera, ale tak trzeba! No i poszedł... wróć, zabujał się na osiedle... wróć, na dzielnię! I kiedy już szedł i składał w głowie tłuste rymy jak przystało na barda nowego tysiąclecia, zobaczył, że na ulicach takich jak on jest na pęczki. Dresy, znak rozpoznawczy miasta, zniknęli w przeciągu paru dni pod zalewem zakapturzonych młodzieńców z kupą w spodniach. "Pierdole taką oryginalność" pomyślał Bartuś i wrócił do domu rzucając to wszystko w kąt. A wieczorem z powrotem przyszył misia na bluzę.
No i co mu zostało? Metal! Metalowców na ulicach nie ma, będzie oryginalny w cholerę! Do tego zaoszczędzi masę kasy, bo ani na fryzjera, ani na mydło, ani na porządny alkohol nie trzeba wydawać. Więc z energicznym uśmiechem na ustach Bartuś przefarbował ciuszki na czarno, nawet wąsy zgolił i usiadł przed lustrem i zaczął zapuszczać włosy. Po dwóch godzinach stwierdził, że pierdoli to, ileż można czekać i poszedł coś zjeść. I właśnie w tym momencie Bartuś spierdolił sobie życie...
...I właśnie wtedy spierdoliłem sobie życie. Bo kurwa nie pomyślałem, zanim zostanę metalowcem, żeby sprawdzić co to w ogóle ten metal jest. I teraz właśnie wróciłem z koncertu i jedyne co mogę zrobić to bić głową w ścianę! W co ja się wpakowałem! I najgorsze, ze to ciągnie się za mną już tyle lat! Najchętniej rzuciłbym to w cholerę i zaczął słuchać cygańskiego folku, ale co to będzie za wstyd przed ludźmi. Chuj, muszę się przemęczyć. W domu to jeszcze luz, nikt nie wie, że nie słucham żadnej z moich szpanerskich płyt (ale wbrew moim oczekiwaniom laski na nie nie lecą :-{ ). Ale te koncerty są najgorsze! Wszystko na jedno kopyto, kawałki identyczne, zero melodii, wokalista jęczy, jakby zaraz miał zdechnąć, dookoła jacyś pijani ludzie przerażający, ktoś mnie popycha, szarpie, ja chce do domu! I taka mordęga kilkanaście/kilkadziesiąt razy w roku. Za co ja sie pytam za co! Chciałem być tylko fajny,a zjebałem sobie życie. Dobrze, ze chociaż wieczorami, jak nikt nie patrzy, wiąże sobie włosy w kok, parzę herbatki pu-erh, zakładam moja spraną bluzę z misiem i spokojnie mogę wypłakać z siebie całą tą frustrację. Ciężkie życie metalowca ...